GROCH Z KAPUSTĄ, CZYLI SEKRETNE ŻYCIE KSIĄŻEK – CZĘŚĆ V

66

(- Dobra, mili państwo, zaczynamy zabawę! – oznajmił Powsinoga – Ja uciekam, a wy mnie gonicie. Tylko żebyście się za bardzo nie spocili, bo wam kartki zamokną! Mam nadzieję, że uda mi się w międzyczasie popsuć jeszcze parę wyrazów. – to powiedziawszy odwrócił się, jego kijek razem z nim, po czym obaj zniknęli za rogiem regału.)

CZEŚĆ 5

  Tymczasem w grupie pościgowej, bo tak nazwano wszystkie książki, które na ochotnika zgłosiły się do schwytania nieproszonego gościa, zaczęła się narada. Przypominała ona pod wieloma względami odprawę wojskową, którą zwołał generał przed rozstrzygającą bitwą. Tutaj generałem była Errata. To ona zarządziła, aby główną część książkowego wojska stanowiły nie całe książki, ale poszczególne zdania i wyrazy, które znajdowały się na ich stronach. Były zdecydowanie lżejsze i mniejsze i razem potrafiły stworzyć silną armię gotową opuścić  na jakiś czas książkowe kartki i w zorganizowany sposób pokonać przeciwnika. Nawet zwykłe znaki interpunkcyjne miały swoje zadanie! Każda z książek chciała na początku dać z siebie wszystko, ale Errata stwierdziła, że wystarczy, że każda da z siebie jakąś cząstkę. Gdyby bowiem wszystkie słowa i każdy znaczek z osobna opuściły nagle całe księgi, ich kartki stałyby się puste, a puste strony w książce to jak pianino bez klawiszy lub grzebień bez zębów.

  Errata nie ukrywała, że niezmiernie liczy na rzeczowniki  w liczbie mnogiej, tak, aby przynajmniej optycznie wojsko zrobiło się liczniejsze. Od razu kilka z nich, głównie mianowniki, zapytało, KTO poprowadzi drużynę do boju, jako że Errata była już kartką nieco leciwą i mogłaby nie dać rady latać między półkami w pogoni za uciekinierem. Niejeden mianownik sam chciał się mianować na dowódcę, lecz od razu zaprotestowały celowniki. Postawiły sobie za cel nie dopuścić pyszne mianowniki do władzy i zapytały Erratę, KOMU należy się dowództwo. Zanim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć, zacietrzewiły się miejscowniki mówiąc, że to nie na miejscu tak spierać się o władzę, a widząc, że stojące nieopodal narzędniki, o czymś głośno dyskutują spytały, O KIM lub O CZYM tak rozmawiają. Narzędniki odparły, iż nie mają odpowiednich narzędzi do walki i pokazując puste dłonie stwierdziły, że nie mają pojęcia, Z KIM lub Z CZYM mają pójść do boju. Zrobiły się przy tym dziwnie zarozumiałe, a wszystkiego dopełniły zdezorientowane nieco dopełniacze, które wprost zapytały, KOGO lub CZEGO tak właściwie mają wspólnie bronić. Wtedy jeden biernik, który przypatrywał się dotąd biernie całej tej rozmowie, zauważył, że sęk w tym KOGO lub CO trzeba schwytać, a nie przed kim trzeba się bronić. Zrobił się niemały harmider i tylko dzięki wołaczowi, który zawołał nagle „Errato! Ucisz je!” nastała cisza. Errata zgromiła awanturników wzrokiem i wyraziła nadzieję, iż więcej przypadków takiego zuchwalstwa  już nie będzie.

  Następnie poprosiła wszystkie obecne przymiotniki o pomoc w dowodzeniu, zaznaczając, że większość z nich regularnie służy w stopniu wyższym, więc ich asysta będzie nieodzowna. Te ucieszyły się ogromnie mówiąc, że to wielki zaszczyt pomagać innym, a jeszcze większy służyć pod komendą tak prześwietnej i doświadczonej generałowej. Jednocześnie zasugerowały, aby w sukurs mogły przyjść im przysłówki, które zawsze wiedzą, jak coś zrobić dokładnie i skutecznie. Przysłówki z entuzjazmem przyjęły propozycję, zwłaszcza najsprytniejsze z nich, to znaczy Mimochód, Chyłek, Znienacek i Ukradek, które miały na potrzeby całej akcji zmienić swoją przysłówkową formę na rzeczownikową i to w dodatku pisane dużą literą! W schwytaniu Powsinogi to właśnie ich czworo miało odegrać kluczową rolę.

  Wkrótce do ochotniczej armii dołączyły bezokoliczniki, aby zagrzewać do walki i dodawać otuchy, przecinki, których głównym zadaniem było przeciąć drogę uciekinierowi, a także nawiasy, które miały go otoczyć lub zamknąć w pułapce. Oprócz tego zgłosiło się dużo innych ochotników, tak że w końcu Errata widząc, że wśród żołnierzy panuje zapał i  właściwa energia dała znak do rozpoczęcia akcji, której samodzielnie nadała bardzo tajemniczy kryptonim GROCH Z KAPUSTĄ . Na pytanie zaciekawionych książek, co znaczy ta nazwa, Errata odparła, że znaczy dokładnie to samo, czyli groch z kapustą, po czym wyjaśniła, że każdy kryptonim musi być niezrozumiały dla wroga. Nic już o nic nie pytał. Akcja mogła się rozpocząć.

   Najpierw para białych kruków, która od wielu już lat gnieździła się wysoko na półce, tuż obok literackiego bubla pt. „Dlaczego ukradłeś tę rzeźbę, Gwidonie?”, rozpostarła swoje papierowe skrzydła i poszybowała nad regałami, aby z wysoka rozeznać sytuację. Właśnie przelatywały nad jednym z nich, kiedy dostrzegły charakterystyczny kijek Powsinogi, który powolutku unosił się wzdłuż jednej z półek.

  – Regał siódmy, półka środkowa – zakomunikowały jak prawdziwi piloci samolotu zwiadowczego, a cała chmara wyrazów i znaków graficznych pognała w tym kierunku. Cel był namierzony, trzeba było teraz wykazać się sprytem i zastosować odpowiednią taktykę. Bezokoliczniki wydawały co jakiś czas polecenia typu „nie gadać!” lub „ukryć się!” i choć nie dowodziły bezpośrednio całą akcją, ich komendy sprawiały, że pośród bohaterskiej armii panował  idealny porządek.

  Regał siódmy zajmowały w większości powieści i opowiadania romantyczne. Kiedy grupa pościgowa znalazła się w ich strefie, zaczęła skradać się brzegiem drewnianej półki. Robiła to prawie bezszelestnie, zerkając przy tym to tu, to tam, ale nikomu nie udało się dostrzec niczego podejrzanego. Romanse, zapytane o to, czy widziały chochlika Powsinogę, wzruszyły tylko okładkami, sentymentalnie westchnęły i nic więcej nie można się było od nich dowiedzieć.

  Naraz jeden z wykrzykników, który od jakiegoś czasu przyglądał się pewnej książce, krzyknął do pozostałych:

  – On tu był! Spójrzcie tylko!

  Wszyscy powiedli wzrokiem w stronę powieści romantycznej, przed którym stał wykrzyknik. Książka nosiła mało romantyczny tytuł OBLICZ MI KOŚCI i pasowała bardziej do działu książek medycznych. Ponieważ jednak w każdej bibliotece wszyscy bardzo dobrze się znają, nie było dla nikogo tajemnicą, że to poczciwe romansidło zatytułowane było wcześniej OBLICZA MIŁOŚCI i należało do bardziej poczytnych.

  – Ten Powsinoga wyraźnie się z nami bawi – spostrzegł trafnie jeden z przysłówków. – Nie dość, że tak dobrze się przed nami chowa, to jeszcze ma czas, aby popsocić.

  – Przynajmniej zostawia ślady – zauważył ktoś inny.

  Wtem w górze zatrzepotały skrzydła białych kruków.

  – Uwaga! Podejrzany kijek przemieszcza się z regału dziesiątego na regał jedenasty, półka numer jeden.

  Natychmiast wszyscy przestali interesować się miłością i jej obliczami i popędzili w kierunku wspomnianej półki. Tam, na dobre zadomowiły się książki kucharskie z pysznymi fotografiami na okładkach i jeszcze pyszniejszymi obrazkami w środku. Większość z nich stanowiły dość tęgie tomiska, aczkolwiek gdzieniegdzie można było dostrzec cieniutkie książeczki traktujące o różnego rodzaju dietach. Ponieważ wszyscy znali już sprawę z KUCHNIĄ CZEŚKA, stwierdzili, że tym razem przypatrzą się właśnie książkom o dietach. Wybór był trafny. Już po kilku minutach dzielna armia mogła przeczytać nowiusieńki tytuł poradnika dla odchudzających się – JAK STRACIĆ WAGĘ I WZROK, czyli nowa wersja książki JAK STRACIĆ WAGĘ W ROK. Cieniutki poradnik, na wieść o zmienionym tytule, tak się zezłościł, że aż wyszedł z siebie, ale gdy zobaczył, że została z niego tylko okładka, niezwłocznie powrócił na swoje miejsce.

  Sytuacja była żenująca. Podobne ślady po przejściu Powsinogi wysłannicy Erraty znaleźli w dziale z czasopismami, na półkach z książkami o sztuce, nawet wśród układanek i krzyżówek, które miały swoje zaszczytne miejsce w bibliotece. Na każdym regale można było znaleźć błędy i pozamieniane literki w tytułach, ale sprawcę tych harców znaleźć się nie dało. I gdy w poczynania obrońców biblioteki powoli zaczynało wkradać się zniechęcenie, wtedy niespodziewanie nastąpił zwrot akcji. Kiedy wszyscy wypoczywali na regale numer jeden, na najniższej półce, odezwała się nagle Księga Cytatów:

  – Pamiętacie, co mówiła ta nowelka, która po raz pierwszy zauważyła ślady? Mówiła, że zauważyła ślady. Brudne ślady stóp Powsinogi. To jest jakaś szansa!

   Pytające spojrzenia słuchaczy oznaczały, że Księga nie wyraziła się wystarczająco jasno.

– Nie rozumiecie? Chochlik Powsinoga nie potrafi fruwać i żeby przejść z regału na regał musi przejść po podłodze. Wystarczy rozlać na niej trochę niebieskiego atramentu, a ten łobuz prędzej, czy później musi w niego wdepnąć. Jest dosyć ciemno, nie zauważy. Wtedy sam zaprowadzi was do siebie.

  W zebranych na nowo wstąpiła nadzieja. Pomysł wydawał się wyborny! Cudzysłów chciał nawet przytoczyć parę znakomitych cytatów na cześć Księgi, ale ta skromnie podziękowała i życzyła wszystkim powodzenia.

  Kałamarz z atramentem nie dał się długo prosić i sam rozlał się w kilku miejscach pomiędzy regałami. Był wyjątkowo wylewny, więc trzeba było go prosić, żeby nie przesadzał z tym zalewaniem podłogi. Był wdzięczny, że mógł pomóc. Wzruszył się do łez, kiedy dziękował za zaufanie, ale ci, którym pomógł, powiedzieli, żeby się przestał mazać, więc dzielnie przestał i wrócił na swoje miejsce.

  Bohaterska ekipa tropicieli niebezpiecznego chochlika przyczaiła się na dolnych półkach dwóch sąsiednich regałów i czekała. Czekała minutę, dwie, dziesięć, a tu nic – kompletna cisza. Czyżby cały ten genialny plan miał okazać się wielką klapą? Co poniektórzy zaczęli spoglądać wymownie na innych, mając nadzieję, że ktoś wreszcie podejmie jedynie słuszną decyzję i da znak do odwrotu. I kiedy jeden z wykrzykników chciał właśnie to zrobić, nagle od strony podłogi dobiegł odgłos delikatnego chlupotu. Był to dźwięk podobny do tego, który wydają kalosze ludzi przechodzących w dżdżysty dzień po zabłoconym chodniku obok biblioteki. Wszyscy doskonale go znali. Teraz wszyscy jednocześnie spojrzeli w stronę rozlanego atramentu i uśmiechnęli się z ulgą. Ich oczom ukazał się widok, na który tak bardzo czekali! Oto maleńkie przeźroczyste stópki brodziły w poprzek podłogi, zostawiając wyraźne ślady, które aż zapraszały ukrytych obserwatorów, aby niezwłocznie za nimi podążyć.

  Tym razem nikt nikomu nie musiał nic mówić. Wszystkie dzielne części mowy i znaki interpunkcyjne, ciesząc się, że plan się powiódł, ruszyły w stronę przemieszczających się chochlikowych śladów. Ależ będzie miał minę, gdy otoczą go ze wszystkich stron, złapią, a potem powiedzą, w jak naiwny sposób się zdradził!