LEKCJA, CZYLI  DO CZEGO TO PODOBNE?

1160

LEKCJA, CZYLI  DO CZEGO TO PODOBNE?

Podobieństwa i różnice – są wszędzie. Można włożyć kij pomiędzy jakiekolwiek dwa pojęcia, troszkę nim zamieszać, postukać w lewo, postukać w prawo i już mamy listę różnic i podobieństw.  Można je znaleźć pomiędzy jeżem, a jeżykiem (to pierwsze ma kolce, to drugie nie, ale jeden i drugi to zwierzyna), myszą, a mysikrólikiem (też zwierzyna, ale ten pierwszy nie lata), lwem, a lewkonią (to drugie nie ryczy), wreszcie między petem, a parapetem (pierwsze można położyć na drugim, odwrotnie raczej się nie da). Nawet czekolada z orzechami i osoba zarozumiała mogą mieć wspólny mianownik – obie są pyszne.

Ten sam porównawczy kijek wtyknijmy/ wetknijmy (pierwszy wyraz błędny, drugi nie i już kolejne porównanie) w środowisko szkolne. Lekcja. Do czego można porównać lekcję? Do dramatu dla jednych, do poezji dla drugich (bo niezrozumiała), orki na ugorze bo orki żyją w morzu, a nie na ugorze więc sytuacja absurdalna, do gumy bo się ciągnie, do sztachet w płocie bo między nimi jest przerwa, do mszycy bo wysysa soki, do prądu bo jest napięcie, do pracy bo można zarobić (uwagę), do zasłony bo można ją opuścić, a nawet do trądzika, bo po prostu jest i basta.

Lekcję można też porównać do meczu tenisowego. Tenisista serwuje, piłeczka leci, przeciwnik odbiera, piłka wraca do serwującego. Szybkie porównanie – nauczyciel serwuje informację, uczeń przyjmuje odpowiednią postawę, informacja dociera do ucznia, uczeń odpowiada na serw, po czym odpowiedź wraca do nauczyciela. Mecz często robi się ciekawy,  miejscami trzyma w napięciu, piłeczka spada raz na jedną, raz na drugą połowę, a widzowie najpierw kibicują, później sami wbiegają na kort, aby też sobie pomachać rakietką. 45 minut, nie ma wygranych, nie ma przegranych, interesująca rozgrywka. To była wersja numer jeden.

Wersja druga. Nauczyciel serwuje, piłka przelatuje nad siatką i znika. Być może zagrywka była zbyt silna, zawodnik się nie zorientował, więc zagrywka druga. Nauczyciel delikatnie podrzuca piłkę, równie delikatnie serwuje, piłka niestety nie wraca. Do trzech razy sztuka. Rakietka w górze, serw, piłka wolniutko szybuje nad siatką i ginie na drugiej połowie. Nauczyciel  rozgląda się, wypatruje ucznia, który miał odebrać piłeczkę, ale go nie widzi. Mruży oczy, żeby lepiej widzieć, woła „hop, hop”, niestety słowa giną jak piłeczka. Choć to nie skoki narciarskie, nauczyciel mruczy coś pod nosem, że to niby taki turniej czterech skoczni, może więc warto by tak czwartą piłką spróbować. Tym razem zagrywka jest piorunująca, jej zadaniem jest rozbudzić drzemiącego lub chowającego się gdzieś na trawiastej murawie ucznia. Piłeczka przelatuje ze świstem nad siatką, płoszy ptactwo, powala starą lipę, przerywa linie wysokiego napięcia, burzy spokojną taflę jeziora, powoduje nagłe wezbranie wód, mieszkańcy zatrzaskują okiennice, ludzie ratują dobytek, rolnicy już liczą straty. Niestety piłeczka przepada. Ostre tym razem zagranie pozostało znów bez odpowiedzi. Tak mija 45 minut.

No i co z takim meczem (z taką lekcją) począć? Jest hasło, ale odzewu brak. Kilka propozycji pod rozwagę (w nawiasie podano wadę każdego rozwiązania tak, aby od razu go wyeliminować).

 

– rzucić rakietką w przeciwnika, ale tak, żeby nie trafić (niestety, można spudłować i trafić);

– czekać na próbny alarm przeciwpożarowy (można tak czekać kilka lat);

– wydrzeć się na rywala (szkoda strun);

– zapłacić każdemu kto odda piłeczkę (łapówkarstwo i w ogóle szkoda forsy);

– paść na kolana i błagać, żeby ktoś odebrał serw (szkoda spodni);

– cieszyć się, że jeden mecz to tylko 45 minut (powiedzą, że człek nie nadaje się do zawodu);

– iść na skargę do sędziny (nie dość, że nie uwierzy, to jeszcze nakrzyczeć może);

– w ogóle nie przyjść na mecz (bumelka i krecha w papierach);

I tak źle, i tak niedobrze. Paskudna sprawa taka lekcja. Mądrzy tego świata powiadają, że dziś  piłeczkę serwuje się inaczej niż kiedyś, trzeba ją podać ciekawie, wprawić ją w ruch w bardziej nowatorski sposób, udekorować ją kolorowymi piórkami, tak, aby przyciągnąć drugiego gracza. Wielu trenerów poleca udział w warsztatach tenisowych, które podpowiadają jak, kiedy, czemu i przy pomocy czego, co dla wielu ma tę dużą zaletę, iż podczas takiego zgrupowania partię tenisa z klasą rozgrywa inny nauczyciel, jest więc szansa troszkę wypocząć. Można przejrzeć też parę opasłych ksiąg z gotowymi przepisami, można poradzić się przyjaciela, jeśli też akurat przyszło mu grać w tej samej drużynie. Można wreszcie usiąść w kącie, popatrzeć na to wszystko i gorzko stwierdzić, że jednak kiedyś ci zawodnicy byli jacyś inni, lepsi, bardziej im się chciało te piłki odbierać i w ogóle – ci dzisiejsi młodzi tenisiści! Ech!

Więc na koniec jeszcze jedno porównanie – ze świata szumiącego kłosa i żelaznego pługa. Fajnie być rolnikiem i orać własne pole, ale dobrze jest czasami zamienić się … rolami. I tak przez jakiś czas pograć na polu w przeciwnej drużynie. Być może po powrocie na swoją połowę obu stronom grałoby się lepiej?

 

Grzegorz Leśnik